ee tam, ludzkośc przez wieki radziła sobie z wiekszymi problemami w sferze seksualności, pomyslcie jak to było 100 lat temu
Dla przykładu art. z
www.historia.pl Polski portal historyczny
wklejam w całości
ŻYCIE SEKSUALNE STUDENTÓW WARSZAWSKICH NA PRZEŁOMIE XIX/XXw. - Agnieszka Weseli
Podstawą moich rozważań są dwie skierowane do młodzieży akademickiej anonimowe ankiety (1898, 1903/4), uzupełniane wynikami ankiety z 1934. Ponieważ same już dane liczbowe stanowią duży materiał, w dodatku słabo wykorzystany przez historyków, postanowiłam skoncentrować się tylko na wynikach ankiet, zaś pominąć te informacje, które można by wysnuć np. z literatury pamiętnikarskiej czy literatury pięknej. Nie znaczy to oczywiście, że ograniczę się do zasypania czytelnika lawiną liczb i procentowych stosunków między nimi - postaram się także zinterpretować te dane.
Okres, o którym mowa, jest szczególnie ciekawy dla badań nad moralnością seksualną - na przełomie wieków rodzi się ruch odnowy obyczajów, który zaktywizuje się już w niepodległej Polsce. Zajmujemy się tu młodzieżą, która nie jest jeszcze żywą ilustracją książek amerykańskiego reformatora Lindsaya ("Bunt młodzieży", "Małżeństwo koleżeńskie"), ale jest już w pewnej mierze świadoma konieczności zerwania z "podwójną moralnością" względem mężczyzny i kobiety, chociaż, jak się okaże, najczęściej sama postępuje według krytykowanych wzorców. W tym skromnym jeszcze okresie początkowym nie chodzi o całkowite uwolnienie od istniejących wcześniej ciasnych zasad, lecz raczej o ich zreformowanie. Ideałem ma być równość obu płci, oczywiście w ramach ograniczeń biologicznych, spełniająca się w małżeństwie - małżeństwie zawartym z miłości. Na podstawie współczesnych naszym ankietom rozważań takich autorów, jak Mantegazza, Payot, Ribbing czy Kornig, a także z lektury części teoretycznej do jednej z ankiet, możemy wysnuć podstawowe zasady, według których powinna się kształtować intymna sfera życia ludzkiego:
Życie płciowe winny rozpoczynać osobniki zupełnie rozwinięte fizycznie i psychicznie (za fizycznie dojrzałego uważa się mężczyznę lat 25, kobietę lat 20)
Wypełnienie życia płciowego nie powinno rujnować sił człowieka, przynosić uszczerbku i wyczerpania jego zdrowiu fizycznemu i psychicznemu, przeciwnie, będąc oparte na pociągu duchowym, na uczuciu, winno dostarczać prawdziwe zadowolenie i podnietę życiową
Jedyną formą życia płciowego dającą rękojmię służenia sprawie ludzkości (...) jest jednożeństwo, czyli małżeństwo
Do czasu wstąpienia w związki małżeńskie należy mężczyźnie i kobiecie zachowywać bezwzględną czystość i wstrzemięźliwość
Wstępujący w związki małżeńskie powinni ponosić konsekwencje życia płciowego, to jest mieć możliwość wychowania dzieci.
Zapamiętajmy powyższe punkty, niedługo bowiem okaże się, że faktyczny stan rzeczy jest jeszcze dosyć odległy od tych postulatów.
Skoro wspomniałam już o grupie młodzieży akademickiej, która odpowiedziała na omawiane ankiety, przejdźmy do założeń, które kierowały twórcami i interpretatorami tych kwestionariuszy. Nie były to bowiem badania przeprowadzone wyłącznie z ciekawości naukowej. Autorzy ankiet potrzebowali danych, żeby zilustrować propagowaną przez siebie ideę konieczności reformy obyczajów. Podobnie grupa studentów, która odpowiedziała na dobrowolne przecież ankiety, "stanowi pewnego rodzaju wybór spomiędzy ogółu (...) i dość wysoko wznosi się ponad przeciętny poziom moralny towarzyszy", jak twierdzi jedna z interpretatorek wyników badań, Iza Moszczeńska. Respondenci należeli więc do odważnie myślącej części środowiska akademickiego. Myślącej - tak, ale, jak okaże się na podstawie otrzymanych wyników, często postępującej jeszcze w sposób, który krytykują i chcą zmienić reformatorsko nastawieni badacze. Obie ankiety dzieli tylko kilka lat - ale nie zapominajmy, że był to okres burzliwych przemian w świadomości. Ciekawe są różnice pomiędzy definicją każdego z omawianych badań. Autorem pierwszej ankiety był Zdzisław Julian Kowalski, w roku 1898 jeszcze student wydziału medycznego UW, potem lekarz, który zebrane przez siebie dane wykorzystał w swojej pracy reformatorskiej. Dzięki informacjom z ankiety, zatytułowanej Stan zdrowia i warunki higieniczne studentów UW, a opublikowanej w 1898 roku w trzech kolejnych numerach pisma "Zdrowie" oraz w formie książkowej, mogła powstać skierowana głównie do młodzieży praca Higiena i etyka życia płciowego, wydana w 1901 roku, na którą powołują się już studenci, odpowiadający na ankietę z lat 1903/4. W tym momencie młody doktor Kowalski już nie żył. Ankieta Z. J. Kowalskiego z założenia nie miała (a może raczej jeszcze nie mogła) być narzędziem do badania życia intymnego młodzieży akademickiej: jak sam pisze, "w naszej literaturze specjalnej istnieje bardzo mało badań nad stanem zdrowia młodzieży polskiej", chciał więc zapełnić tę lukę, skupiając się na "higienie życia i ogólnym stanie zdrowia". Na 71 pytań kwestionariusza tylko kilka, umieszczonych w dziale "Sport i przyjemności", dotyczy tego "społecznego wrzodu, którego strach się dotknąć, bo mało kto nim nie cuchnie" - czyli rozwiązłości płciowej, określanej przez autora ankiety jako "wielożeństwo" podług popularnego w owym czasie autora Bjoernstjerne-Bjoernsona. Ankietę Kowalskiego rozpowszechniono między studentami UW w około 550 egzemplarzach, otrzymano 300 odpowiedzi. Mimo pobocznego tylko potraktowania ryzykownych tematów autor ankiety zetknął się z licznymi głosami krytycznymi wśród młodzieży akademickiej, z kpinami i przycinkami. "Ci" (...), "którym przedsięwzięte badania wydały się zbytecznymi, nie byli przymuszani do dawania odpowiedzi", dobrowolność Kowalski uważa za gwarancję wiarygodności otrzymanych odpowiedzi - ich autorzy popierali jego dążenia, więc starannie i dokładnie wypełniali ankietę. Nie oszukujmy się jednak: ta okoliczność raczej zaciemnia nam obraz życia płciowego ogółu studentów, pokazując głosy wybranej garstki o konkretnych poglądach, niepopularnych w swoim czasie. Pamiętajmy też, że otrzymujemy 300 odpowiedzi na 1000 studentów UW oraz około 600 studiujących w Konserwatorium Muzycznym i Instytucie Weterynaryjnym (z zamkniętej w 1866 roku Szkoły Sztuk Pięknych została tylko dwuletnia "klasa rysunkowa", której studenci nie są reprezentowani w żadnej z ankiet). Druga ankieta jest dziełem doktora Roberta Bernhardta oraz dwóch studentów: Tadeusza Łazowskiego z Politechniki oraz Konrada Siwickiego z wydziału lekarskiego UW. Samo założenie tego kwestionariusza jest już inne: zatytułowany został otwarcie Życie płciowe warszawskiej młodzieży akademickiej, większość z 38 pytań dotyczy tego właśnie tematu. Zebrane w latach 1903/4 odpowiedzi, mające znaczenie "więcej higieniczne niż etyczne" (jak to określiła I. Moszczeńska), zostały w roku 1905 wydane wraz z opracowaniem w postaci małej książeczki. Badania Bernhardta, Łazowskiego i Siwickiego objęły studentów UW oraz powstałej w 1898 roku Politechniki. Mamy tu więc znowu mały wycinek społeczności akademickiej, liczącej w 1904 roku w sumie niewiele ponad 3000 osób, a jest to wycinek procentowo jeszcze mniejszy niż w poprzednim wypadku, gdyż uzyskano zaledwie 266 odpowiedzi. Nie wiemy jednak, ile rozesłano egzemplarzy ankiety - Iza Moszczeńska, do której część wyników dotarła "na skutek pewnych nieporozumień" jeszcze przed zakończeniem okresu zbierania informacji, twierdzi, że "pytanych było około 1000".
Powyższe powody zmuszają nas do stwierdzenia, że kwestionariuszy naszych nie możemy traktować jako reprezentatywnych dla ogółu młodzieży studiującej. Nie pozwala nam na to już sama ilość uzyskanych odpowiedzi, a także świadomość faktu, że autorzy tych odpowiedzi nie byli przypadkowo wybranymi, bezstronnymi jednostkami. Pamiętajmy jednak, że obie omawiane prace są dziełami pionierskimi, że musiały przebijać się przez mur niechęci i zrozumiałego przy ówczesnym stanie moralności wstydu. Okaże się za chwilę, iż jedynie część wypełnionych ankiet powróciła w ręce ich twórców, że wiele razy spotkali się z drwinami i wyrazami oburzenia... Pod koniec zeszłego czy na początku naszego wieku nie możemy się spodziewać, że otrzymamy na tak kontrowersyjny i budzący skrajne emocje temat dane, które można wykorzystać w poważnym badaniu statystycznym; pomysłodawcy obu badań zdawali sobie z tego sprawę. Dane uzyskane dzięki omawianym ankietom są materiałem niełatwym do opracowania również ze względu na fakt, że kwestionariusze rozdane studentom miały formę otwartą, w związku z czym wiele odpowiedzi trudno poddaje się zaklasyfikowaniu do konkretnych kategorii. Liczne pytania ankiety każą respondentowi cofnąć się w czasy dzieciństwa czy wczesnej młodości, przypominać sobie fakty, które być może starał się przez wiele lat zapomnieć; inne pytania wymagają ujawnienia najintymniejszych stron życia. Stąd wielka ilość nieprecyzyjnych odpowiedzi lub ich brak. Ale innych informacji na temat życia intymnego młodzieży, nie pochodzących z literatury czy pamiętników - po prostu nie ma. Mimo to żal byłoby nie zająć się tak ciekawym problemem...
Jeszcze kilka słów na temat trzeciej z ankiet. Będę ją wykorzystywać jako ilustrację zmian, jakie zaszły - bądź nie zaszły - w interesującej nas sferze życia akademickiego w przeciągu kilkudziesięciu lat. Została przygotowana w roku 1934 przez Polskie Towarzystwo Eugeniczne i Związek Przeciwweneryczny, a wyniki wydane drukiem przez dr T. Welflego w jednym z numerów pisma "Zagadnienia Rasy" z 1938 roku w postaci obszernego artykułu pod tytułem Życie płciowe młodzieży akademickiej. Grupa objęta badaniami jest tu znacznie większa - rozesłano 2300 ankiet, uzyskano 2227 odpowiedzi, w tym 74 odpowiedzi od studentek, które nie pojawiły się w dwóch poprzednich badaniach. Jednak i warszawska społeczność studencka w latach trzydziestych była już o wiele liczniejsza, niż na przełomie wieków: na warszawskich uczelniach studiowało około 22 tysięcy młodych ludzi (w tym 9 tys. na UW, 4,8 tys. na PW, 1,4 tys. na SGGW, 1,1 tys. na SGH). Łatwo obliczyć, że ankieta z 1934 roku objęła tylko 10% młodzieży akademickiej. Za to uzyskane dzięki niej dane pokazują dowodnie, czy w życiu seksualnym młodych ludzi zaszły w ciągu trzydziestu lat poważniejsze zmiany. Charakterystyczny jest też fakt, że prawie wszyscy badani odesłali wypełnione ankiety - świadczy to z pewnością o swobodniejszym niż kiedyś stosunku do kwestii płciowych. Dodam jeszcze, że wśród przebadanych w 1934 roku było trzech homoseksualistów - lub też trzech młodych ludzi się do tego przyznało; na przełomie wieków nikt z respondentów nie określił siebie w ten sposób.
Przejdźmy wreszcie do konkretów. Zacząć musimy od rzeczy podstawowych: wieku i pochodzenia badanych studentów. Aby mieć pełniejszy obraz warunków, w jakich żyli, przedstawię także ich stan zdrowotny (pomijając wszakże choroby weneryczne, o których później), tryb życia, dochody, którymi mogli dysponować i sposób ich zdobywania, warunki, w jakich mieszkali, wyżywienie. Wszystkie te okoliczności wiążą się nierozerwalnie z interesującym nas zagadnieniem seksualności młodzieży studiującej, gdyż w pewien sposób warunkują życie intymne jednostki. Na ankietę Zdzisława Kowalskiego odpowiedzieli wyłącznie studenci narodowości polskiej (wiemy skądinąd, że jedna czwarta uczących się w owym czasie na UW młodych ludzi przyjeżdżała tu z Rosji, zachęcona przywilejami i większą łatwością zdobycia dyplomu. Według publikacji Spisok studientow Impieratorskowo Warszawskowo Uniwiersiteta na 1897-1898 akademiczeskij god w tym czasie na uczelni studiowało 705 Polaków). Wszyscy określili swoje wyznanie jako rzymskokatolickie. Badani liczyli sobie od 17 do 27 lat, przy czym najliczniej reprezentowana była grupa dwudziestojednolatków. Urodzili się w 21% w Warszawie, 28% w większych miastach prowincjonalnych, 10% w osadach i miasteczkach, 40% na wsi (ten ostatni wynik nie każe nam oczywiście sądzić, że byli to ludzie pochodzenia chłopskiego, takich na UW studiowało w 1880 roku zaledwie 10, w 1900 - 19). W odpowiedzi na ankietę z 1903/4 roku większość studentów (236) wypełniło rubrykę "narodowość" - 204 określiło się jako Polacy, 22 jako Żydzi, pozostali użyli kombinacji tych dwóch określeń lub jeszcze innych. Liczyli sobie również od 17 do 27 lat, przy czym najczęściej reprezentowana (69%) kategoria to studenci, którzy skończyli lat 20 i nie przekroczyli 24. 22% pochodziło z Warszawy, 71% z prowincji (w tej ankiecie kategoria ta jest bardzo nieprecyzyjnie określona). Wśród respondentów znajdował się jeden student pochodzenia chłopskiego. Reszta, jak wnioskują autorzy i zarazem interpretatorzy kwestionariusza, wywodziła się z warstwy średniozamożnej inteligencji.
Ogólny stan zdrowia badanych studentów przedstawia nam tylko Z. Kowalski. Stan ten nie rysuje się zbyt optymistycznie - 34% studentów zostało ocenionych przez badacza jako cierpiący na różnego rodzaju schorzenia dziedziczne. 50% przyznało się do skłonności do zapadania na różne choroby (najczęściej dróg oddechowych). Studenci skarżą się też na kłopoty ze wzrokiem - wady wzroku ma aż 41%; zapalenie spojówek, związane z przemęczeniem oka, występuje tym częściej, im dłużej studiuje już młody człowiek. Smutno przedstawia się też stan uzębienia studentów - przeciętnie brakuje im po 6 zębów (najczęściej trzech lub czterech, ale są i tacy (2%), którzy utracili już 20 zębów!). Podobnie stan nerwowy młodzieży akademickiej wydaje się dosyć opłakany - pozytywną odpowiedź na nieprecyzyjne pytanie "Czy czuje się zdenerwowany?" dało 57% badanych, przy czym procent wzrasta z ilością lat spędzonych na studiach wyższych. Większość powyższych niedomagań ma swoje źródło w niehigienicznym trybie życia - przeciążenie pracą naukową oraz zarobkową, kiepskie wyżywienie i warunki mieszkaniowe, brak ruchu. Za chwilę postaram się omówić wszystkie te okoliczności. "Pojęcie, że student daje korepetycje, tak się już utarło, że nie wywołuje żadnego zdziwienia praca kilkugodzinna, ciężka i mozolna, dla kilku rubli miesięcznie..." - pisze Z. Kowalski. Ta ciężka praca zaczynała się już często w wyższych klasach gimnazjum (tylko 23% studentów jako gimnazjaliści otrzymywało od rodziców pełnie utrzymanie, pozostałym udzielanie korepetycji zajmowało przeciętnie dwie i pół godziny dziennie). W okresie studenckim konieczność zarobkowej pracy jest jeszcze większa - roczne czesne w formie wpisowego wynosiło 100 rubli, koszty utrzymania w stołecznym mieście także rosły. W efekcie 71% studentów było zmuszonych szukać jakiegoś zajęcia. Dla większości okazywały się nim znów korepetycje, zajmujące przeciętnie po 2 godziny dziennie (choć bywali i tacy, którzy siedzieli z podopiecznymi i po 6 godzin każdego dnia). Na podstawie danych uzyskanych przez Kowalskiego, A. Potockiego w 1899 roku i Łazowskiego oraz Siwickiego w 1903/4 roku możemy stwierdzić, że procentowy udział dochodów uzyskanych przez studenta w jego ogólnych dochodach spada. Suma, jaką dysponował student, z ledwością wystarczała na opłacenie stancji i skromnych posiłków. Na rozrywki, na towarzystwo kobiet innych niż służące czy najtańsze prostytutki pieniędzy na ogół nie było.
"Pędzący życie prawie koczownicze" studenci mieszkali na ogół jako sublokatorzy mało- lub średniozamożnych rodzin warszawskich (48%), we dwóch w pokoju (52%), znajdującym się na trzecim piętrze, a wychodzącym na podwórko (62%). Pamiętajmy przy tym, że 56% studentów paliło papierosy (około 17 sztuk dziennie), zaś małe ich pokoiki miały na ogół jedno niewielkie okno, a więc musiała tam panować nienajświeższa i nienajzdrowsza atmosfera. Fakt wspólnego mieszkania z innymi młodymi ludźmi (mieszkaniem w pojedynkę mogło się pochwalić tylko 14% badanych w 1898 roku, a 28% w 1903/4), a także mieszkania przy własnej lub obcej rodzinie wpływał oczywiście na życie intymne studentów. Niemożność przyprowadzenia partnerki do swego lokum była często powodem wymuszonej wstrzemięźliwości; z kolei "obecność w rodzinie, od której student odnajmuje pokój, młodych, a często rozpróżniaczonych panien" (...) "pociąga częstokroć za sobą stratę czasu oraz drażniące flirty", jak twierdzą autorzy drugiego z omawianych kwestionariuszy. Higiena ciała i ruch także nie są najmocniejszą stroną warszawskiej studenterii. Tylko 11% studenckich siedzib miało w początkach XX w. wannę. Według wcześniejszego badania studenci kąpali się najczęściej raz na miesiąc. Młodzi ludzie już ze szkół średnich wychodzili zaniedbani pod względem ruchowym, gimnazja produkowały, według współczesnych badań (H. Nusbaum), wątłych, cherlawych młodzieńców, nieprzyzwyczajonych do uprawiania jakiegokolwiek sportu. Fakt ten potwierdzają także wyniki naszych ankiet. Według Kowalskiego aż 59% badanych zauważa ujemny wpływ nauki w gimnazjum na stan zdrowia. Uczelnie wyższe nie poprawiają tych błędów - dowodem na to choćby dokonana przez Kowalskiego analiza sal wykładowych czy laboratoryjnych z punktu widzenia higieny (ławki!). Okres studiów nie sprzyja także ćwiczeniom fizycznym. Z badań wynika, że na rozrywki takie, jak jazda konna, pływanie studenci mają czas (i możliwości) tylko w wakacje, kiedy opuszczają stolicę. 27% studentów uprawia gimnastykę (według Kowalskiego), natomiast z badań Łazowskiego i Siwickiego wynika, że jedna czwarta studentów w ogóle zaniedbuje wszelkie sporty i ćwiczenia, motywując to często brakiem pieniędzy. W 1934 roku uprawiających sport jest już 1831 na - przypomnijmy - 2227 badanych. Żywienie to kolejny problem. Śniadanie studenta składa się najczęściej z trzech suchych bułek i szklanki herbaty, niewiele pożywniejsza jest kolacja. Obiady jadają studenci najczęściej u pań, zajmujących się stołowaniem lub u krewnych. Te trzydaniowe posiłki są może - według Kowalskiego - wystarczające ilościowo, ale "jakościowo pozostawiające wiele do życzenia". Nie jesteśmy niestety w stanie stwierdzić, jak przedstawiała się ich wartość kaloryczna, zawartość białka czy witamin.
W żadnej z obu omawianych ankiet nie było pytania, określającego stan cywilny respondentów. Wiemy zaledwie, że w 1903/4 roku tylko jeden z objętych badaniami studentów było żonaty. Nic dziwnego, zważywszy na sytuację materialną studentów oraz brak swego rodzaju mody na zawieranie studenckich małżeństw. "Małżeństwa koleżeńskie" pojawią się dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym na fali ruchu odnowy obyczajów (w 1934 roku na 2153 studentów, którzy odpowiedzieli na pytania zawarte w kwestionariuszu, 267 miało żony). Przejdźmy wreszcie do głównego tematu - do sfery płciowej życia studentów. Zacznę od momentu, w którym człowiek wprowadzony zostaje w tajniki seksu - od uświadomienia. Kwestia uświadamiania dzieci często była poruszana przez reformatorów życia seksualnego. Na przełomie wieków sprawa ta wyjątkowo często pojawiała się zarówno w dyskusjach poważnych badaczy-pedagogów, jak i na łamach gazet. Bez wątpienia sposób uświadamiania dzieci (a właściwie - brak tegoż sposobu) musiał być pierwszym punktem reformy. "Cały dzisiejszy system postępowania" - pisze I. Moszczeńska (w przyszłości autorka książeczki "Co każda matka swojej córce powiedzieć powinna") - "zresztą opiera się na samych domysłach i przypuszczeniach. Najpierw przypuszczamy, że dziecko jeszcze nic nie wie" (...); "później, w epoce bliżej nieokreślonej, domyślać się zaczynamy, że pewno już coś wie, że musiało się z tego lub owego źródła dowiedzieć, ale nasza skromność nie pozwala nam nawet badać, z jakiego źródła i w jakiej formie zaczerpnęło wiadomości." (...) "Z góry rezygnujemy w takim razie ze wszelkiej kontroli i opieki, pozostawiając dziecko jego własnym instynktom i łasce ślepego losu." Jak kończyło się takie postępowanie w praktyce, mówią nam wyniki badań, przeprowadzonych przez autorów drugiej ankiety. Przed ukończeniem 9 roku życia uświadomionych zostało 16% młodych ludzi (niektórzy nawet w wieku lat 3). 58% chłopców odkrywa tajemnicę życia mając lat 9-12. Procent tych, którzy przekraczając 14 rok życia nie mają pojęcia o intymnej sferze życia ludzkiego, jest znikomy. Wynika z tego, że większość badanych otrzymała wyjaśnienia w ciągu kilku pierwszych lat pobytu w szkole średniej. Nie są to bynajmniej wiadomości uzyskane od nauczycieli czy z podręczników: wykład anatomii człowieka i zoologii w szkołach realnych był w owym czasie dość obszerny, ale zupełnie nie poruszał kwestii "drażliwych". Początek nauki w szkole średniej był więc raczej przełomem pod tym względem, że stanowił dla chłopca "pożegnanie bodaj na kilka godzin dziennie z domem i wejście w skład pierwszego spotkanego w życiu skupienia ludzkiego" (...) "mającego" (...) "swoje tradycje i normy obowiązkowe". Istnieje w tym środowisku rodzaj "cenzusu umysłowego, brak pewnych wiadomości jest uważany" (...) "za dowód niedojrzałości". "Mają oni" [uczniowie szkół średnich] "swoją własną etykę, swoją własną higienę i swe własne - naturalnie bardzo niedaleko sięgające - doświadczenia. Od ludzi starszych zaczerpnąć wskazówek nie mogą, gdyż ludzie starsi są albo zbyt skromni" (...) "albo też zbyt zepsuci, żeby" (...) "mówić" [o tych sprawach] "bez narażania się na drwinki swych słuchaczy". Głównym źródłem informacji o seksie jest wiec kolega z klasy, rówieśnik (w 76% wypadków, zaś w 58% jest on dodatkowym informatorem, jeśli weźmiemy pod uwagę własne domysły i obserwacje chłopców). Nasuwa się tylko pytanie - skąd kolega wie to, co wie? Zapewne od starszego kolegi... Pomocnymi są też służący (lub służące), rzadko wyjaśnienia z ust braci czy krewnych, jeszcze rzadziej wiadomości z książek. Te ostatnie, choć niewątpliwie najbardziej fachowe i zgodne z prawdą, przejrzane ukradkowo i przypadkiem nie mogły dać chłopcu nic więcej, niż "obrazy drażniące a mętne."
Rodzice wystąpili w roli odsłaniających intymne tajemnice tylko 3 razy, a i to zwrócili się do swych synów późno (ani razu przed ukończeniem przez nich 9 roku życia). W 1934 roku procent uświadamiających rodziców wyniesie 4 - więcej, choć nadal za mało. Fałszywy wstyd, źle pojęta skromność zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci - oto podstawowy powód tego stanu rzeczy. Oddajmy głos studentom: (...) "część winy przy wszelkiej zmysłowości spada na rodziców, że małą zwracają uwagę na okres dojrzewania i funkcje organów płciowych u dzieci, a następnie, że nie potrafią wzbudzić w dzieciach tego, bezwzględnego, powiem, zaufania, które powinno być podstawą w stosunkach dzieci do rodziców". Inny student pisze o (...) "średniowiecznym systemie wychowania, polegającym na 'moralnym' przemilczaniu i ukrywaniu przed budzącą się świadomością płciowa i ciekawością z nią związaną 'tajemnicy życia'. To" (...) "wywołuje powszechnie znany objaw pewnego rodzaju kultu, zwykłego wśród dorastających gimnazjalistów dla kolegów, którzy osobiście 'tajemnicę życia' poznali. Czas już porzucić ten przestarzały system trzymania chłopca w moralnej nieświadomości". Nie można się więc dziwić, że informacje, podawane przez kolegów w otoczce niezdrowej sensacji, były na ogół mało prawdziwe i bałamutne: "Pierwsza polucja na przykład" - pisze dwudziestojednoletni student Politechniki - "przyprawiła mnie o strach zarażenia się" [a więc miał już jakieś pobieżne wiadomości o chorobach wenerycznych], "wobec czego koledzy radzili mi pić odwar pietruszkowy".
Z bagażem takich wiadomości młodzi ludzie wchodzili w życie seksualne. Pierwsze polucje miewali - według badań Siwickiego, Łazowskiego i Bernhardta - najczęściej w wieku niecałych 15 lat, najwcześniej występowała ona u jedenastolatków, najpóźniej u jednego dziewiętnastolatka. (...) "błędnym jest pogląd, któremu hołduje świadomie czy nieświadomie" (...) - twierdzi Łazowski - "duża część młodzieży uczniowskiej, upatrująca często w pierwszych polucjach oznaki dojrzałości fizycznej, upoważniającej do rozpoczęcia życia płciowego". Jeśli chłopcy nie zaczynali go w pełnym tego słowa znaczeniu, na ogół wpadali (i to nawet wcześniej) "w jeden z najpospolitszych, a bardzo zgubnych nałogów wieku młodocianego" - nałóg onanizmu. Zabójcza szkodliwość masturbacji jest jednym z mitów medycyny, podobnie, jak była nim kobieca histeria (nota bene zrównywana z onanizmem, jeśli mówiono o zgubnym wpływie nieumiarkowanego użycia płciowego i zbawiennych efektach powściągliwości). Powszechniej wtedy używane określenie "samogwałt" lepiej obrazuje stosunek do tego ohydnego występku, którego współczesna nam nauka nie uważa już nawet za rzecz niewłaściwą w okresie pokwitania. W okresie, o którym teraz mowa, lekarze i pedagodzy bili na alarm, opisując masturbację jako przestępstwo nie tylko przeciw moralności, ale także przeciw własnemu zdrowiu (to przecież forma "gwałtu", "marnopłcenie", "nijactwo" - czyli marnowanie swych sił witalnych i rozrodczych). Przypomnijmy, że według ówczesnych pojęć jedyną możliwością realizacji żądzy płciowej jest stosunek małżeński, a i to nie nazbyt częsty (coitus modicus excitat, nimices debilitat - powtarzali lekarze). Onanizm, powodujący niepotrzebne "naprężenie nerwów", jest przyczyną długiego szeregu chorób, kończących się nawet śmiercią. Nie będę się tu rozwodzić nad tym tematem - chciałabym poświęcić mu osobny artykuł - zacytuję tylko wiersz, który znalazłam w jednej z publikacji, traktującej o groźbach onanizmu, a wydanej po 1903 roku. Pamiętajmy, że podobnymi ostrzeżeniami, choć może nie w tak poetyckiej formie, musieli być zasypywani w dzieciństwie badani studenci, i zastanówmy się, jaki wpływ musiało to wywrzeć na ich psychikę.
Młode lica starość szpeci,
Błędny wzrok zaćmiewa mgła,
W samobójczych drgawek sieci
Zaplątana, ręka mdła
Brudne piętna mrocznej zmazy
Niewolniczo szerzy wciąż,
Jakby gnuśnych żądz obrazy
Coraz mnożył pokus wąż!...
Spójrzcie, bracia, siostry, płaczcie:
Niech was groźny przykład cuci,
Śród zwodniczych podniet chuci;
Bez szyderstwa za się baczcie:
Byście wiernie w cnocie trwali
Z kwiecia płody wychowali!
Mimo takich przestróg 64% badanych studentów odpowiedziało pozytywnie na pytanie, czy kiedykolwiek uprawiali masturbację. Przypadki, w których masturbację rozpoczęto w wieku od 7 do 11 lat, należą do bardzo nielicznych. Wpływ kolegów szkolnych, specyficzne środowisko (a także, naturalnie, stopień dojrzałości płciowej organizmu) warunkują fakt, że najpowszechniejszy wiek "nabycia nałogu" to lata od 12 do 16. Przeciętny wiek to 14 lat, a więc prawie o rok mniej, niż przeciętny wiek, w którym pojawiła się pierwsza polucja - tak jest na pewno w 45% przypadków. "Ustawiczne podniecanie się przez rozmowy erotyczne z kolegami, flirt, posunięty do jak najdalszych granic", czytanie romansów i książek pseudonaukowych, oglądanie rycin pornograficznych - oto, według jednego z respondentów, prawdziwe źródła "tej zarazy". My jednak musimy pamiętać, że "zaraza" nie była może tak powszechną, jak sugerują dane liczbowe. Kategoria, w którą je ujęto, jest nieprecyzyjna, pojawiają się często odpowiedzi niedokładne ("często", "rzadko", "nie byłem nałogowcem" - od kiedy zaczyna się nałóg?). Możemy jednak wnioskować, że onanizm najbardziej jest rozpowszechniony wśród chłopców w wieku 14, 15 i 16 lat, im zaś przybywa lat, (...) "nałóg" (...) "jest lepiej opanowywany i nie przybiera form tak ostrych, jak poprzednio". W wielu przypadkach zaprzestanie masturbacji było wynikiem "poznania istoty i skutków onanizmu", "przejrzenia etycznego", zadziałania "czynników religijnych", a także "miłości uszlachetniającej". Wśród tych, którzy nie zaczęli jeszcze normalnego życia płciowego, onanizowała się połowa, zaś pomiędzy utrzymującymi normalne stosunki - aż 70%. Trudno niestety stwierdzić na podstawie dość zawikłanych w tym miejscu wyjaśnień rzecz najważniejszą, a więc, czy mowa jest o przeszłości, czy też o teraźniejszości, a także, czy chodzi o onanizm nałogowy, czy też sporadyczny. Wyniki tego badania zadają - według autorów ankiety - kłam powszechnemu w owym czasie mniemaniu, że moment inicjacji seksualnej oznacza automatyczne zerwanie z onanizmem (sami studenci napisali w kilku wypadkach, że zdecydowali się na podjęcie życia seksualnego głównie po to, żeby uleczyć się z nałogu masturbacji...). Należy pamiętać, że wśród starszej młodzieży, a więc w środowisku studenckim, "bez względu na charakter stosunku do zagadnień moralności płciowej, panuje na ogół pogarda do samogwałtu i tych, którzy się temu nałogowi poddają". W opinii otoczenia bowiem nadszedł już czas, żeby jeśli nie kontynuować, to przynajmniej rozpocząć stosunki seksualne.
Inicjacja seksualna wśród młodzieży ze środowisk średniozamożnej inteligencji według obu badań najczęściej przypada na okres pomiędzy 16 a 20 rokiem życia. Według wyników ankiety Kowalskiego z 1898 roku, żaden ze studentów nie rozpoczął życia płciowego wcześniej niż przed ukończeniem 13 lat; wśród wyników uzyskanych przez Siwickiego i Łazowskiego jest około 7% badanych, którzy przeszli inicjację przed czternastymi urodzinami. Takie przypadki, jak ten, w którym "demoralizatorką dla dziecka siedmioletniego była bona" a "dla pięcioletniego niańka trzynastoletnia" nie mogły być jednak częste. Między przeciętnym wiekiem rozpoczęcia życia płciowego według ankiety Kowalskiego i według wyników z 1903/4 roku - 16,6 i 16,36 roku - zachodzi różnica tak mała, ze zapewne przypadkowa; niesłusznie więc twierdzą interpretatorzy drugiego kwestionariusza, że "fakt ten świadczy, jeżeli nie o cofaniu się ogólnym, o coraz wcześniejszym i zgubniejszym trwonieniu młodych sił i poddawaniu się demoralizującym wpływom rozwiązłości płciowej, to przynajmniej o braku jakiegokolwiek wyraźnego postępu w tym kierunku". Nie można wszak wnioskować o postępującym upadku moralności, skoro oba badania dzielą zaledwie 4 lata, okres zbyt krótki, żeby mogło w nim dojść do bardziej znaczących zmian. Natomiast zaledwie 15 % studentów według Kowalskiego, a 36% według wyników Siwickiego i Łazowskiego nie rozpoczęło jeszcze życia seksualnego. Tu już różnica jest na tyle duża, że można by ją interpretować na korzyść respondentów drugiego badania. Jego autorzy, tak surowi dla współczesnej sobie młodzieży, tłumaczą uzyskane w tej licznie wyniki różnicami między grupami, które odpowiadały na pytania zawarte w obu kwestionariuszach. Badani przez nich samych studenci mają być "jednostkami bardziej niż przeciętnymi, zastanawiającymi się nad sprawą życia płciowego i jego konsekwencjami, bardziej czułe na jego rażące strony etyczne i estetyczne", (...) "mniej uwikłane w chaos stosunków erotycznych i usilniej szukające podniesienia poziomu tej sfery życia". Widzimy tu na przykładzie niekonsekwentnego lub błędnego interpretowania danych, że zapał reformatorski młodych badaczy był czasem silniejszy, niż naukowy obiektywizm. Jest charakterystyczne, że pośród badanych studentów, którzy już rozpoczęli życie seksualne, żaden nie czekał z tym do ukończenia 25 roku życia, będącego według ówczesnych pojęć progiem dojrzałości (najpóźniejszy moment, w którym nastąpiła inicjacja, to w pierwszym badaniu rok 24, w drugim 22). Nie może też być mowy o spełnieniu drugiego z postulatów naszych reformatorów - o zawarciu małżeństwa (wiadomo, że w 1903/4 roku wśród studentów, którzy poddali się badaniu, był jeden żonaty, ale nie znamy nawet jego wieku).
Pierwsze stosunki seksualne młodych ludzi nie należały, jak się zdaje, do wielkich i niezapomnianych przeżyć. "Zwyczajne, zmysłowe, bardzo grube używanie" (...), "niskie, zwierzęce zadowolenie" - tak określa je Iza Moszczeńska. Niewielu z badanych podało towarzyszące swej inicjacji okoliczności, pisali na ogół, że zdarzyła się ona "w warunkach normalnych", "zupełnie pospolitych".
Jakie warunki są normalne i pospolite dla tych młodych ludzi? Zaczyna się najczęściej od czyjejś namowy. Koledzy ze szkoły, występujący w roli "oświecających", zachęcają także do zrealizowania w praktyce nabytych wiadomości. Zdarza się, że inicjację przeżywają chłopcy w towarzystwie bardziej doświadczonego kolegi lub kolegów. Czasami namowa wychodzi od kobiety. Studentów, którzy stwierdzili że moment rozpoczęcia życia seksualnego i osoba, z którą tego dokonali, zostały przez nich wybrane z własnej inicjatywy, było o połowę mniej, niż przyznających się do ulegnięcia namowie. Partnerkami pierwszych miłosnych rozkoszy są często służące - wiemy to na pewno z 30% wypowiedzi (w 1934: 8%) - choć prawie nigdy nie namawiają one do tego czynu - kiedy zaś pierwszy stosunek ma miejsce z prostytutką (w 40% wypadków, 1934: 52%), dzieje się tak na ogół w przypadku samodzielnie podjętej przez młodego człowieka decyzji o inicjacji, a ponadto przeciętnie o półtora roku później. Oznaczałoby to, że namowa najłatwiej trafiała do chłopców, którzy nie czuli jeszcze tak mocnego pociągu seksualnego, żeby rzucać się w objęcia płatnej miłości (do czego trzeba też pewnej samodzielności finansowej). Mamy tu kolejny dowód, jak silne wpływy na rozwój seksualności młodych ludzi miało środowisko, zwłaszcza rówieśnicze - czy to gimnazjalne, czy to studenckie - zmuszające wprost do jak najszybszego wkroczenia w to, co uważało za "dorosłość", bez oglądania się na uczucia, sentymenty. Smutny jest fakt, iż tylko jeden ze studentów (1903/4) stwierdził, że pierwszy stosunek miał z osobą kochaną (w 1934 roku przyznających się do "uczucia" będzie niecałe 4%). Miłość pojawia się w wyznaniach studentów jedynie jako uczucie, które przyczyniło się do opanowania własnej zmysłowości i zaniechania czy to onanizmu (o czym była już mowa), czy "wielożeństwa".
Nie mogło być mowy o głębszym czy jakimkolwiek uczuciu, kiedy zażywało się seksu po raz pierwszy z prostytutką, z bierną, niechętną służącą, ze szwaczką, robotnicą, sklepową, wieśniaczka, "mężatką niższej klasy", nawet kobietą z towarzystwa; te pierwsze stosunki odbywały się pośpiesznie i ukradkiem w rodzicielskim domu, w domu publicznym lub wynajętym pokoju hotelowym, czasem pod wpływem alkoholu, często po podniecających zmysły rozmowach z kolegami lub wręcz w ich towarzystwie. W tych warunkach nie było miejsca na wzruszenia. "Po załatwieniu tego tylko wmawiałem sobie, iż miałem przyjemność, w rzeczywistości zostało się po tym wszystkim bardzo przykre wspomnienie", "Zdziwiłem się, że taka marna facecja gra taką rolę w życiu" - piszą studenci, wspominając swoje pierwsze doświadczenia seksualne... Zdaje się też, że niewiele wzruszeń wiązało się z kontynuowaniem rozpoczętego raz życia płciowego.
Seksualność młodych ludzi ze środowiska, którym się zajmujemy, rozwijała się na ogół według jednego wzorca. Ci sami młodzi mężczyźni, którzy jako chłopcy znajdowali się pod przemożnym wpływem szkolnych rówieśników, teraz trafiali w środowisko, gdzie, jak czytamy, "opinia koleżeńska stoi na tak wysokim poziomie, na jakim nigdy nie bywa tak zwana 'opinia społeczna'". Nowe warunki, związane z rozpoczęciem studiów, wiążą się z większymi możliwościami zdobywania wiadomości na interesujące nas tematy - wiadomości tym razem już bliższych prawdzie - a także większą swobodą we wprowadzaniu teorii w czyn. Usprawiedliwiały takie postępowanie rozpowszechnione mniemania, zwane przez autorów drugiej ankiety "pseudonaukowymi" (ale właśnie ich naukowość specjalnie przemawiała do młodych umysłów), jakoby częste stosunki seksualne miały zbawienny wręcz wpływ na organizm i mogły być traktowana jako swego rodzaju panaceum na wszelkie dolegliwości. Ponadto zmienia się też pozycja towarzyska; student traktowany jest jako człowiek dojrzały lub bliski dojrzałości, wreszcie jako członek zbiorowości, mającej pewne znaczenie i wpływy. Nie tylko zresztą otoczenie uważa studenta za dorosłego - także i on sam stara się dopasować swoje zachowanie do wzorca, według którego postępują dojrzali mężczyźni. Podczas gdy krąg koleżeński, w jaki trafiał chłopiec w wieku szkolnym, był w dużej mierze kwestią przypadku, student ma większą możliwość wyboru najbliższego grona kolegów, których opiniom najchętniej się poddaje. Pamiętajmy, że posiadanie wielu partnerek lub częste korzystanie z przychylności jednej kobiety otoczone było w wielu kręgach "aureolą zuchowatości i sławy". Opinia o erotycznej tężyźnie musiała więc być bardzo pożądana. Nie zapominajmy także, iż nawet zaręczony z panną z towarzystwa student rzadko mógł liczyć na spełnienie swego uczucia przed ślubem. Nim doszło do przypieczętowania związku przed ołtarzem, musiał młody człowiek zdobyć pozycję zawodową i finansową. Przez ten - długi często - okres pozostawało mu zaspokajanie swych potrzeb na innej drodze. Rzadko spotykał się z "kobietami porządnymi", "przyzwoitymi", "z towarzystwa", "ze sfery inteligentnej". Najczęściej szukał ukojenia żądz na ulicy - tak postępowało 65% studentów, wybierając na ogół rogówki, czyli najtańsze z prostytutek. Mniej więcej tyle samo młodych ludzi, ilu udawało się do domów publicznych (zapewniano tam usługi droższe, lecz czasem w lepszym gatunku i z mniejszą - pozornie - możliwością zarażenia się jakąś chorobą weneryczną), utrzymywało stosunki z różnego rodzaju ubogimi pracownicami: bonami, guwernantkami, szwaczkami, sklepowymi, praczkami, gorseciarkami, latem na wakacjach - z dziewczętami wiejskimi. Do tej kategorii należą też służące, będące niewyczerpanym źródłem rozkoszy dla młodych ludzi. Chyba najłatwiej było po nie sięgnąć - należały do otoczenia domowego, lecz w roli podrzędnej, były zależne od państwa ekonomicznie i nie mogły opierać się kaprysom "panicza". Nawiązanie stosunków ze służącą czynił prostszym także fakt, że sypiały na ogół w kuchni, uważanej "za rodzaj drugiego przedpokoju, do którego każdemu o każdej porze dnia i nocy wchodzić wolno. Ażeby nie budzić nikogo z rodziny dzwonkiem u drzwi frontowych o spóźnionej porze nocnej, każdy z domowych, nie wyłączając paniczów, ma prawo zastukać do kuchni i zmuszać sługę, by mu otwierała". Odpowiedź na pytanie, czy utrzymuje stale stosunki z jedną kobietą, czy z różnymi, w przypadku jednego ze studentów brzmiała: "To zależy od każdorazowej zmiany służącej". Około połowy uprawiających seks studentów w odpowiedzi na powyższe pytanie przyznało się do dużej ilości partnerek, zdarzały się też takie wyznania: "Gdybym się nie bał zarazić, to wolałbym zmieniać" [partnerki]. Byli i tacy, którzy - często z podobnych pobudek - starali się zapewnić sobie na stałe usługi jednej kobiety, nawet prostytutki. Pewna stałość nie wynikała tu więc z uczucia (choć bywały i takie przypadki, kilku studentów przyznaje się do posiadania przez czas dłuższy kochanki, którą obdarzali co najmniej sympatią), lecz z ufności - nierzadko bezpodstawnej - że kobieta uprzedzi tak stałego klienta o nabyciu choroby. Najczęstsze stosunki oddzielało od siebie w wynikach obu ankiet kilka dni, najrzadsze - rok. Po uśrednieniu informacji uzyskanych na pytanie o częstość stosunków Kowalski uzyskał wynik niewiele przekraczający 1 miesiąc, Siwicki i Łazowski - trochę ponad 1,5 miesiąca pomiędzy dwoma stosunkami (w 1934 roku okres ten wynosi 2 miesiące).
Badania przeprowadzone na przełomie wieków miały na celu nie tylko dowiedzenie kiepskiego stanu moralności współczesnej młodzieży, ale także faktu, że powściągliwość seksualna nie ma żadnych negatywnych skutków - odwrotnie niż głosiła communis opinio. W statystyce Kowalskiego nie rozpoczęło stosunków seksualnych 15%, zaś rozpoczęło je, a potem zarzuciło - 4%. Według Siwickiego i Łazowskiego w pierwszej grupie jest 11% studentów, w drugiej 36%, przy czym między zażywającymi przyjemności seksu a niezażywającymi ich nie ma specjalnych różnic, jeżeli idzie o picie alkoholu, uprawianie sportów, zamożność (choć dość powszechnie uważano, że skuteczną rękojmią wstrzemięźliwości jest brak finansów, tylko jeden student jako przyczynę nieutrzymywania stosunków z kobietami podaje niewystarczającą ilość pieniędzy). Studenci, którzy nie zaznali jeszcze życia seksualnego i ci, którzy świadomie z niego zrezygnowali, podają wiele motywów swej decyzji: (w kolejności najczęstszego występowania) względy etyczne, religijne, ogólna obawa o skutki (raczej obawa o własne zdrowie, niż możliwość, że partnerka zajdzie w ciążę), opory estetyczne, wzgląd na zdrowie przyszłej rodziny, wstręt do prostytutek, trzech (będących już po inicjacji) - miłość. Dobroczynny wpływ na rozpłomienione zmysły miały według badanych ruch i hydropatia.
Autorzy zwłaszcza drugiej z ankiet (a Kowalski w książeczce "Higiena i etyka płciowa") specjalnie wiele miejsca i czasu poświęcili na dowodzenie, że pogorszenie samopoczucia, jakiego czasem doświadcza wstrzemięźliwy młodzieniec, jest niczym w porównaniu ze straszliwymi zagrożeniami dla zdrowia, które niesie rozwiązłość. "Mogę wyliczyć" - twierdzi Mantegazza - "co najmniej dwadzieścia chorób, powstałych na skutek nadużyć płciowych". Autorzy kwestionariuszy z upodobaniem wyliczają te słabości: po pierwsze choroby weneryczne (oraz ich komplikacje), ogólne osłabienie, impotencja, wycieńczenie. Niewielu jednak młodych ludzi wolało czekać do ślubu, żeby otrzymać "w darze nierównie słodsze korzyści, bo zdrowie, czerstwość sił żywotnych, czystość i spokój sumienia", jak pisze w wydanej w Polsce w roku 1877 publikacji Higiena publiczna i prywatna Oesterlen. Ciekawe są bardzo tłumaczenia, jakich używają w tej sytuacji studenci dla usprawiedliwiane swego nieumiarkowania. Powtarzają zresztą tylko to, co mówiła na swoje usprawiedliwienie duża część męskiej populacji. Częsta była wtedy wśród mężczyzn opinia, że wstrzemięźliwość szkodzi zdrowiu, powodując neurastenię, idiotyzm, obłąkanie, że stosunki płciowe leczą liczne choroby, jak skłonność do onanizmu (uważanego przecież za schorzenie), polucje, ból głowy, poddenerwowanie. Zalecenia lekarzy potwierdzały słuszność tego mniemania: wielu medyków zalecało uprawianie seksu dla poprawienia zdrowia; świadectwo dają nam sami badani. Jeden ze studentów pisze, że lekarz "radził mu znaleźć dziewczynkę, z którą mógłby odbywać stosunki płciowe". Inny zwierza się, że doktor zalecił "zawiązać 'dla zdrowia' stosunek, lecz naturalnie z porządną kobietą, nie prostytutką". Wspominany już doktor Kornig w swej Higienie skromności woła na to ze zgrozą: "Lekarz doradzający stosunki płciowe, czyni rzecz nikczemną"!
Środki zapobiegawcze, jakie stosowali studenci w obawie zarażenia, były dość skromne. Najczęściej uciekali się oni do prezerwatywy (robiło tak 21 utrzymujących stosunki studentów; pamiętajmy, że trwałość tych prezerwatyw nie była najlepsza, jeszcze w dwudziestoleciu, kiedy używa ich 91% badanych, pisze się na ich temat, że "pomagają niekiedy"), czasem w połączeniu ze środkami odkażającymi, jak sublimat (silnie trujący chlorek rtęci). Inni używali samego tylko sublimatu, karbolu (fenolu, czyli hydroksybenzenu), wazeliny, nadmanganianu potasu, lapisu (azotanu srebra), acz nieregularnie. Pozostałe środki, jakie miały odsunąć obawę zarażenia, to oddawanie moczu, obmywanie wodą z mydłem lub czystą; wreszcie 38 studentów nie używa żadnych środków. Tylko jeden z nich tłumaczy swoje postępowanie wstrętem wobec ochraniania się od skutków swojej rozpusty, uważając to za nieetyczne i poniżające godność kobiety. Opinie, w których studenci liczą się z "godnością kobiety", są bardzo nieliczne. Jeden z chorych na syfilis studentów, który mimo zaleceń lekarskich nie zaprzestał stosunków seksualnych, używa prezerwatywy nie po to, by uchronić zdrowie partnerki, lecz z dbałości o kolegów, którzy mogliby się zarazić od zarażonej przez niego kobiety. Nie wiemy, niestety, czy studenci mają na uwadze możliwość spłodzenia potomka - autorzy żadnej z ankiet nie zadali takiego pytania.
Choroby weneryczne były naturalną konsekwencją takiego trybu życia i niedostatecznej ochrony. Ponad połowa z pytanych studentów uświadamia sobie możliwość zarażenia. "Zawsze myślę o tym" - pisze jeden - "że jeśli się kiedy zarażę, nie pozostanie mi nic innego, jak odebrać sobie życie". "Niejedno niewytłumaczone na pozór samobójstwo młodzieńca w kwiecie wieku" - komentuję tę wypowiedź Iza Moszczeńska - "nieraz się właśnie takimi okolicznościami tłumaczy". Prawda, że sytuacja młodego człowieka, który, żyjąc w pruderyjnym na pokaz społeczeństwie, zaraził się wstydliwą chorobą, była nie do pozazdroszczenia. 24% ze 169 utrzymujących stosunki respondentów, czyli 41 studentów, przechodziło choroby weneryczne już w szkole średniej, kolejnych 36 zaraziło się podczas pobytu na uczelni. Gimnazjaliści cierpieli przeważnie na rzeżączkę, przy czym na przebieg choroby oddziaływały niepomyślnie co najmniej trzy czynniki - brak środków na leczenie, lekceważenia choroby, wreszcie potrzeba ukrywania jej. Brak środków jest zrozumiały, jeśli będziemy pamiętać, że nawet ci z chłopców, którzy utrzymywani byli przez rodzinę, nie mogli zwrócić się do niej w takiej sprawie.
Rodzice i wychowawcy bowiem, choć czasem aprobowali czy tolerowali milcząco stosunki, jako nieodłączne dla wieku młodzieńczego, przypadki wstydliwych chorób ścigali surowo, jakby nie widząc związku między tymi dwoma zjawiskami. Chłopcy, którzy zdobyli środki na leczenia, musieli się więc ukrywać: jeden ze studentów pisze, że przebyta za uczniowskich czasów rzeżączka bez komplikacji, która w normalnych warunkach trwałaby parę tygodni, u niego ciągnęła się 4 miesiące, gdyż konieczne zabiegi (przemywania, szprycowania) musiał wykonywać w podwórzowym ustępie - a było to zimą. Dodamy jeszcze, że rzeżączka, traktowana na ogół dosyć lekko, była jednak chorobą groźną, powodującą liczne powikłania u obojga partnerów (m.in. bezpłodność), trudno natomiast poddającą się wyleczeniu - w owych czasach, jak szacowano, 80% rzeżączek przechodziło w stan przewlekły, trwający latami. Po rozpoczęciu nauki na wyższej uczelni do zarażenia dochodziło bardzo szybko - najczęściej już na pierwszym roku (25 na 45 przypadków), zaś na drugim roku studiów zaraziło się 15 młodych ludzi (tylko 7 na trzecim i czwartym roku). Widać więc, jak szybko młodzieńcy zaczynali korzystać z przyjemności "dorosłego życia". U tych, u których było to już drugie lub kolejne zachorowanie, przebieg choroby, na ogół dłuższy, wiązał się z komplikacjami. Poza rzeżączką, która pozostaje najczęstszą przyczyną cierpień, młodzi ludzie chorowali też na syfilis (w gimnazjum 3 przypadki, na studiach 6) i wrzody weneryczne.
Odsetek zarażonych na skutek utrzymywania wyłącznie stosunków z prostytutkami kontrolowanymi i zarażonych w efekcie kontaktów z kobietami ze sfer, jak to określił jeden ze studentów, "wolnopraktykujących", jest prawie taki sam i wynosi około 43%. Ze studentów, którzy utrzymywali kontakty z prostytutkami kontrolowanymi oraz potajemnymi, zaraziło się aż 65% (bo też i więcej niekontrolowanych prostytutek było chorych). Oznacza to, że żadne źródło, z którego młodzi ludzie mogli czerpać rozkosze zmysłowe, nie było całkowicie czyste i bezpieczne. Studenci zauważają jednak przede wszystkim zagrożenia płynące z niedostatecznej kontroli nad prostytucją: jeden z nich, który padł ofiarą zarówno syfilisu, jak i rzeżączki o ciężkim przebiegu, pisze "Jedno, co mam do nadmienienia, to to, że stosunki z kobietą stały się do najwyższego stopnia niemoralne" (!) "i że nadzór nad prostytutkami, a szczególnie chorymi, woła o pomstę do nieba"! Inny radzi, aby założono dom publiczny ze zdrowymi kobietami dla zdrowych mężczyzn: "Każdy zapłaciłby drożej, byleby mieć pewność niezarażenia się". Jeszcze jeden ubolewa nad brakiem "dobroczynnych domów publicznych dla niezamożnych studentów". (...) "gdyby one istniały, mniej by było chorych między kolegami". Nie sądźmy jednak, że takie było zdanie każdego studenta, wielu chce walczyć z zarazą prostytucji, traktując ją - można by powiedzieć - nowocześnie, bo nie jako rozsadnik rozpusty, zepsucia i chorób, lecz jako objaw niezdrowych stosunków panujących w społeczeństwie.
Czas już na podsumowanie. Ze wszystkiego, cośmy sobie powiedzieli na temat życia intymnego warszawskiej studenterii, wynika nader wyraźnie, że postulowana przez reformatorów zmiana moralności musiała się im wydawać bardzo już palącą koniecznością. Przebadani studenci, choć przedstawiani jako zwolennicy reform, postępują dokładnie według krytykowanych reguł gry. Zaczyna się ten proces bardzo wcześnie i nie z ich winy - samo uświadomienie co do tajemnicy życia odbywa się przecież w warunkach niekontrolowanych przez kogokolwiek, a już na pewno - przez rodziców. W sytuacji, gdy edukację seksualną bierze w ręce grono rówieśników, nie możemy się spodziewać zmiany na lepsze, którą mogłaby zainicjować rozumna akcja ze strony rodziców i wychowawców. Rozpoczynający życie płciowe z przypadkową partnerką i zbyt wcześnie według ówczesnych opinii, kontynuujący je z prostytutkami młody człowiek szybko padał łupem chorób wenerycznych. Do małżeństwa wnosił już osłabione zdrowie oraz bagaż seksualnych doświadczeń, wymagając przy tym całkowitej czystości u partnerki. Posłużmy się tu słowami jednego ze studentów, który tak pisał w odpowiedzi na ankietę z 1903/4 roku: (...) "trzeba się wszelkimi siłami starać, aby osłabić idiotyczną pruderię i więcej zbliżyć obie płci, aby nie było takiej różnicy, jak między zwierzętami oddzielnych zupełnie gatunków". Omawiane dziś ankiety pokazują w doskonały sposób drogę, jaką od wczesnych lat dziecięcych szedł człowiek w kierunku "podwójnej moralności".
Ilustracje pochodzą z książki: Paul Hirth, Ed. Daelen, "Die schönheit der Frauen", wydanej w Stuttgarcie ok.1900-1910 roku. Książka wygląda na estetyczną rozprawę, choć proporcja tekstu do ilustracji (około 2:3, jeśli chodzi o powierzchnię zadruku) może wskazywać równie dobrze na zakamuflowaną pornografię. Ilustracje zamieściliśmy po to, aby czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ówczesny wzorzec urody i aby (nie oszukujmy się) nieco urozmaicić stosunkowo długi tekst artykułu. W takich to kobietach kochali się warszawscy studenci.
<a href="http://www.tickercentral.com"><img border="0" src="http://www.tickercentral.com/view/2yvm/e.png"></a>