dzis łaskawie jestem w domu i przeszkadzam mamie w kuchni (więc grzecznie ewakuowałam się do innych spraw) zostało mi:
- odebrać wypieki Leninki z Kepna (ale to wieczorem)
- pojechać do doktórki z wynikami Myszy (bo są cos nie teges) ale to na 14.15
- przypomniec T , że ma kupić choinkę, sosnę i że sosna to ta z długimi igłami
- wyprasować obrus i wszelkie ubranie na kolecję
- zapakowac prezenty
- cieszyć się i rozluźniać matulę , która jak zwykle osiągnęła juz stan poddenerwowania
- wyluzawać się (obiecałam sobie, że się nie dam w tym roku ponieść nerwom i jak na razie udaje mi sie łącznie z tym, że pani w sklepie z kącikami ust opuszczonymi w dół uśmiechnęła się do mnie)
pewnie , że musze odkurzyć itd - ale zasadniczo jak nie odkurzę to jedyny skutek uboczny to Myszy brudne rajstopki a pralka działa
a wogóle to qrcze ja jestem w domu Mysza jest w domu, pachnie cudami i co z tego, że łazienka nie błyszczy naturalnym blaskiem? a w sypialni jakiś kataklizm - jest ciepło i śmiejemy się z Myszą
Życzę wszystkim DYSTANSU!