Jak se przypomnę mój szpital....No mucha nie siada....(bo muszki dosłownie latały pod zapyziałym prysznicem).

A jak mnie przyprowadzili na pół przytomną na salę, to chodził po mnie karaluch, a ja myślałąm,że mnie oczy mylą

, ale zaczęłam krzyczeć, że coś czarnego po mnie łazi!!! Więc położna zdjęła. Bóle miałam 30 godzin, i wyobraźcie sobie, że po nocy(a byłam wcześniej w szpitalu bo już po terminie), po obchodzie nikt do mnie nie zajrzał. Dopiero o 17, kiedy już nie mogłam uleżeć (bo zabronili mi chodzić), sama poszłam do dyżurki pielęgniarek i powiedziałam, że chcę teraz urodzić, bo drugiej nocy nie wytrzymam i nie będę już miała sił. Łaskawie mnie położna wzięła i stwierdziła...ooooooooo to już...idę po lekarza. Sam poród 40 minut...to był już pryszcz, ale ta otoczka
Położne też nie lepsze(szczególnie jedna). Nawrzeszczała na mnie, że jeśli dziecko tak będzie chudnąć, to skończy pod kroplówką. Ja w płacz, bo nie wiem co robić, a ona w tył zwrot. Jędza!!
A propos, moja koleżanka urodziła dwójkę dzieciaczkó w Olsztynie, włąśnie w byłym kolejowym. Bardzo zadowolona.