Jejku, to było jakby wczoraj!!!
Pamiętam, jak strasznie się bałam przenoszenia - na ostatniej wizycie (jak się później okazało, 5 dni przed porodem) lekarz powiedział, że to jeszcze potrwa i umówił się ze mną na wizytę 24 listopada (termin miałam na 23.). Ale mnie wtedy zdenerwował

Bo po wszystkich lekturach opisów wywoływanych porodów, włos mi się jeżył na głowie już na hasło "oksytocyna". Więc kiedy podczas terminowego jak najbardziej porodu dostałam kroplę na pobudzenie skurczów, zaczęłam się natychmiast zwijać z bólu dwa razy bardziej - i do dziś się zastanawiam, czy to był efekt tej oksy, czy siła sugestii
Z moim porodem związana jest jeszcze taka historia. W szkole rodzenia poznałam dziewczynę, która miała termin zbliżony do mojego (2 tygodnie wcześniej). Potem okazało się, że mamy wspólnego lekarza, a ponieważ się polubiłyśmy, zaczęłyśmy umawiać się na wizyty w jednym terminie, potem razem chodziłyśmy na KTG i wspierałyśmy się duchowo na GG i przez telefon (rachunków mężowi nie ujawniłam do tej pory

). Tego dnia, w którym urodziłam, napisałam do niej z rana, że coś mnie pobolewa "od kręgosłupa do przodu". Ona na to, że takie bóle ma już ze 2 tygodnie. Tego właśnie dnia meldowała się w szpitalu, gdzie miała poleżeć ze 2 dni, a następnie mieli jej wywołać poród. U mnie okazało się, że to były jednak TE bóle i urodziłam o 21.15. O 1 w nocy wysłałam jej SMS-a z radosną nowiną: Olka tak się wściekła ("kurczę, ja to już na pewno nigdy nie urodzę"), że pół godziny później dostała skurczów, a o piątej urodziła dziewczynkę
