Powiem Wam, że jestem jako niefachowiec tak skołowana przez personel medyczny, że miotam już dużą ilością niecenzuralnych słów. Kręcą mną jak pies flakiem
Najpierw w szpitalu w czwartek zamiast usłyszeć podczas porannego obchodu od neonatologa "do domu", usłyszałam "jeszcze do obserwacji, bo nam żółknie". Wieczorem decyzja, że potrzebne są 4h fototerapii, bo poziom bilirubiny sięga 13,5. Nic z tego nie rozumiem, więc idę dopytać. Lekarki nie ma, a pielęgniarka mówi "13,5? A co to za poziom? W innym szpitalu nikt by sobie tym

nie zawracał". Za chwile dopada mnie lekarka i drze się na mnie, że to lekarz podejmuje decyzje i nigdzie nie jest napisane, od jakiego poziomu zaleca się fototerapię i to one zadecydują rano, czy badać dziecku poziom bilirubiny rano czy nie.
W piątek podczas porannego obchodu bez żadnych badań pani ordynator oddziału noworodków spogląda na dziecko i mówi "do domu". Potem mi wyjaśnia jedynie, że żółtaczka może się jeszcze utrzymywać do dwóch tygodni i wskazany jest wczesny patronaż.
A największym gwoździem do tej trumny jest jakaś baba zastępująca naszą lekarkę rodzinną. Poproszona o zebranie

i obejrzenie dziecka przez położną, która wczoraj u nas była, odpowiedziała, że ona i tak nic nie zrobi tylko do szpitala skierowanie wypisze, więc możemy sobie sami jechać, bez jej wizyty.
Czy my długo jeszcze będziemy opłacać naszymi składkami zusowskimi tych nygusów?